Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas wolny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas wolny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2013

Na ryby!

Mąż mój uwielbia chodzić na ryby, moczyć te  swoje kijaszki w wodzie, tydzień czekać aż się jakaś złapie i czytać co tu tam tylko w tym temacie w ręce wpadnie.

Dla mnie chodzenie na ryby jest to sytuacja A: kiedy nie ma go kilka/kilkanaście godzin w domu i mam od niego odpoczynek lub się przez te kilka/kilkanaście godzin denerwuję bo nie zrobił czegoś tam kolejny raz, lub sytuacja B: kiedy ja z dzieciakami idziemy z nim na ryby i ja biegam za dziećmi, karmię je zabawiam i stresuje się, że powpadają do wody a on moczy kijki w wodzie i się wyłącza.

Ciągle mi powtarzał: " pójdziesz ze mną na nockę to się przekonasz jakie to wspaniałe". Zgodziłam się. 

Wydarzyło się to w sierpniu. 

Wyjazd rozpoczął się moim zdenerwowaniem bo mój ukochany nie mógł się zdecydować gdzie pojedziemy. Dwa dni się zastanawiał. A ja do cholery skąd mam wiedzieć gdzie najlepiej jechać z czwórką dzieci na ryby na noc.
Po ustaleniu miejsca nadszedł czas na pakowanie i przygotowanie, które w wersji mężowskiej wyglądały tak :
Oczywiście ja nie wiedziałam dokładnie co zabrać i jak się przygotować bo to był mój dziewiczy raz.


No jakoś dotarliśmy nad rzekę, miejsce nawet ładne ale Sylwester rozłożył się z wędkami a dzieci na mojej głowie. Od razu się zdenerwowałam bo wszystkie komary znad rzeki zdecydowały się napaść właśnie mnie. Otoczyłam siebie i Lesia ćmiącymi spiralami i pozwoliłam starszakom bawić się w błocie. 


  

Niestety okazało się że w wodzie są pijawki i zabaw na plaży nadszedł kres.

 Tata rozłożył namiot z okazji zbliżającego się wieczora, upiekliśmy kiełbaski w ognisku, poszaleliśmy w namiocie 



 i czas już było szykować się do spania. Aż tu nagle rozpętała się burza i czym prędzej uciekliśmy do domu.


 Z całego łowienia to pooglądałam sobie wędki. Komary mnie na pół zjadły. Nie potrzymałam nawet kija
i  dalej nie widzę ogromnych atrakcji w wędkowaniu. Może jak pojadę z mężem sama...może jak podrosną dzieci...może jak mi da kijaszka potrzymać. 
 Póki co na ryby razem chodzimy w dzień, blisko i na kilka godzin. Ja zabieram szyciowe sprawy w razie gdyby się mi nudziło, dzieciaki już mają swoją wędkę a tata dalej się wyłącza.

Mój mąż ma własny blog pod tym adresem http://lasotab.wedkuje.pl/blog/index.php?p=news&ID=142400 i bardziej przychylnie pisze o łowieniu. Swoją drogą cały portal wędkuje.pl jest dość ciekawy i sama w tajemnicy tam czasem zaglądam.